Sukces Dawida

Z Dawidem było tak, że zaczął się wspinać chyba w 2014 roku, a pod koniec sezonu 2015 zrobił swoje pierwsze VI.4. Jego piramida przypominała jeden z wieżowców w Dubaju: w okolicach 6.3 zrobił niewielką podstawę, ale potem przez kolejne szczeble piął się do góry i bardzo szybko zaatakował VI.5. W czerwcu 2016 zrobił Będkowskiego Playboya, ale nie można powiedzieć, żeby to była sprawna akcja. Raczej przypominała styl oblężniczy, wiele wyjazdów, masę wstawek i jeszcze więcej frustracji. Te frustracje przyprowadziły go do mnie.

Bolecho. foto: Dawid Tomczyk

Plan był prosty. Zbudować formę i prawdziwą piramidę, żeby kolejne VI.5 nie szło jak po grudzie. Trenował  sumiennie, nie przesuwał sesji, nie kombinował, pytał, gdy coś źle wytłumaczyłem, notował wyniki w aplikacji. Działo się sporo: buldery, ściana, duża porcja żelaza, nawet troszkę biegania dla odciążenia organizmu. VI.4 padały sprawnie, raczej w szybkim stylu RP. Piramidę budował coraz ładniejszą. Owszem, wybierał raczej drogi w swoim stylu, czyli dosyć długie piony i połogi po gniotach, ale mimo wszystko byłem pod wrażeniem.

Pod koniec maja byliśmy razem na Słonecznych. Dawid chciał popróbować mniej typowych dla niego rzeczy. Skusił się na Obecność mitu – VI.3+/4, bulderowy klasyka Jacka Trzemżalskiego. Wiosenne popołudniowe słońce już chowało się za skały, od ziemi ciągnęło chłodem. Dawid całkiem nieźle ogarniał bańkę z wylotem nóg do dobrej klameczki, ale ciągle czegoś brakowało. Raz spadł nawet z teoretycznie prostszej góry, nie zauważył wykutego chwytu. W następnej próbie zapiął dokładnie lewą ręką łuczek, ale nie zdążył nawet skoczyć do klameczki, gdy usłyszeliśmy suchy trzask, jakby łamanego patyka. Czekałem aż echo zacznie się odbijać od ścian Cyrku. Wzrok Dawida mówił wszystko. Troczek, naderwany prawdopodobnie kilka dni wcześniej na Solarisie VI.4+ (padła) na Grochowcu. Co ciekawe, po tamtej drodze nie skarżył się nawet na tkliwość palca przy dotyku, więc wyglądało na to, że wszystko jest ok.

Z trudnością pozdejmował ekspresy. Palec zaczynał puchnąć. Po zjechaniu na dół okazało się, że na szczęście nie ma cięciwy, więc troczki nie poszły na całej długości. Spakowaliśmy graty i z ciężki sercem ruszyliśmy w drogę powrotną. Nastrój w samochodzie był radosny niczym ból w pachwinie. Próbowałem go jakoś pocieszyć, no ale co tu dużo gadać: wiedzieliśmy, że czeka go przerwa od wspinania.

Rozstając się na parkingu zarysowałem plan działania. Kilkudniowy rest, żeby zeszło zapalenie. Jeśli będzie boleć, to przez kilka dni leki przeciwzapalne, a potem rehabilitacja.

Rehabilitacja najpierw miała na celu przywrócenie pełnego zakresu ruchu w palcach. Zaczęliśmy od rolowania długopisu i inne proste rzeczy. Troczek bolał przy ucisku i (standardowo) ból zdawał się nie zmniejszać. Mimo to z dnia na dzień Dawid mógł dociągnąć zgięty palec coraz bliżej jego podstawy. Gdy już to udało się osiągnąć, przeszliśmy do jednego z najlepszych sprzętów do rehabilitacji troczków – chwytotablicy. Odpowiednio dobrane obciążenia i protokół treningowy potrafią zdziałać cuda. Do tego dołożyliśmy ustrojstwa mojej produkcji i odpowiednio dobraną suplementację. Po kilku tygodniach ból nareszcie zmniejszył się na tyle, że można było wprowadzić łatwe wspinanie na panelu.

Co mnie cieszyło najbardziej, Dawid nie tracił ducha. W lipcu wrócił do łatwego wspinania w skałach. Nie poganiał sprawy, nie próbował zrobić więcej niż powinien i poza kilkoma wpadkami, gdy poszedł za szybko na zbyt trudną drogę (np. Taniec ze Słoniem), raczej oszczędzał troczek i robił co do niego należało. Żeby nie zwariować, zaczął ostro działać na rowerze i zjeździł całe Beskidy w pionie i poziomie. Pomimo spadku wytrzymałości i siły, jego apetyt na wspinanie urósł. Palec jeszcze lekko bolał, gdy w połowie miesiąca Dawid zrobił swoje pierwsze VI.3+ OS (Recto na Skale nad potokiem), a w sierpniu zrobiliśmy razem American Beauty na Mnichu, i chociaż troczek znowu lekko się odezwał,  wszystkie trudne wyciągi należały do Dawida i sieknął je bardzo sprawnie.

Oczywiście cały czas rehabilitował palec. We wrześniu zaczął robić trudniejsze drogi. Padła Kaszana Tasmana VI.4 na Adepcie, chociaż potrzebował na nią kilku wyjazdów. Zamacał też swój cel na ten rok. Drogę legendę. Rokowała. Na wędkę zrobił nawet całą płytę bez bloku, ale w związku z tym, że kluczowy ruch był zbyt losowy, co groziło po raz kolejny męczącym trybem oblężniczym, postanowiliśmy poładować przez 2 tygodnie stricte pod słabości. W międzyczasie będąc w początkach superkompensacji wciągnął w ciągu jednego dnia na Kaczej Skale VI.4 Jesień Czejenów, VI.4/+ Pieskie życie, VI.3 Meteor, wszystko w szybkim RP, a przy okazji kilka łatwiejszych dróg OS.

Po dwóch tygodniach przyszedł czas na rozprawienie się z drogą legendą. Pięknego jesiennego październikowego poranka Chiński Maharadża VI.5 poddał się szybciutko. Dawid na wspinaczkowym haju zrobił jeszcze fleshem Zacięcie w Abazym i tego samego dnia pojechał dokończyć rozgrzebane drogi w Nielepicach. Padł Artefakt VI.4+ oraz Cytadela VI.4. Kilka dni później w Kobylanach wciągnął Szarą płytę VI.3 OS, Filar Zjazdowej VI.3+ RP oraz, wisienka na torcie, VI.3+/4 Czas apokalipsy OS! Ta ostatnia na 8a.nu ma tylko 4 przejścia OS i 3 FL na 120 zarejestrowanych przejść w ogóle. Co najciekawsze, sam Dawid zauważył, że fizycznie jeszcze nie wrócił do formy sprzed kontuzji. Mam nadzieję, że pogoda pozwoli mu na realizację kolejnych celów w tym sezonie. Kurtyna! Albo nie, poczekajcie jeszcze.

Chiński Maharadża
Chiński Maharadża. foto: Dawid Tomczyk

Co z tego wszystkiego wynika?

  1. Jeśli chcemy przesuwać granice swoich możliwości, kontuzje są nieuniknione, no chyba że decydujemy się na większe bezpieczeństwo kosztem wolniejszego progresu.
  2. Gdy zaczynamy trenować, wzrost siły zawsze wyprzedza rozwój ścięgien i troczków, przez co z miesiąca na miesiąć jesteśmy coraz bliżej nabawienia się kontuzji. W przypadku osób mających szybki progres jest to tym bardziej niebezpieczna sytuacja, szczególnie w palczastych rejonach wspinaczkowych.
  3. Kontuzja to nie koniec świata. Jeśli podejdziesz do tematu poważnie, to nie tylko jesteś w stanie wrócić do wspinania szybciej, ale możesz szybciej wrócić do wspinania na wysokim poziomie. Dawid zrealizował swój cel na ten sezon POMIMO poważnej kontuzji.
  4. Trenowanie zgodnie z planem się opłaca. Planuj swój trening, ale również zapisuj jego wyniki. To nie tylko pozwoli wyciągnąć wnioski z wykonanej pracy, ale również będzie pozytywnie działać na twoją motywację i upór.
  5. Czasami odstawienie wspinania dobrze nam robi. Wracamy do niego z większym apetytem, co skutkuje lepszą cyfrą POMIMO lekkiego spadku formy.
  6. Siła jest cechą najtrudniejszą do wybudowania, ale jeśli już ją zbudujemy, zostaje z nami najdłużej. Organizm niechętnie oddaje to, na co długo pracował.

Jeśli borykasz się z kontują, ale mimo wszystko chciałbyś trenować wokół niej, zachęcam do skorzystania z indywidualnego planu treningowego i treningu on-line.

One thought on “Sukces Dawida”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *