American Beauty, VIII+, Mnich

Gdy człowiek kończy studia i zaczyna pracę, życie przyspiesza. Dni przestają się od siebie różnić. Tygodnie mijają niepostrzeżenie.  Wszystko to z powodu monotonii, która dopada nas wraz z coraz bardziej ułożonym życiem. I tylko zdarzenia nietypowe są w stanie wbić klin w ogniwa tego łańcucha. Kryzysy lub pozytywne, wyraziste rzeczy, których się nie spodziewaliśmy, na zasadzie kontrastu zapadają w pamięć i odbijają w niej swoje piętno, niczym obraz na kliszy aparatu.

Ar ju toking tu mi?

 

 

Dawid proponował mi wyjazd w Tatry już kilka razy, ale nigdy nie doszedł on do skutku. W dużej części z mojej winy. Nie wyobrażałem sobie 3 godzinnej nocnej jazdy samochodem po to, żeby przez kolejnych kilka godzin niszczyć sobie kolana na asfalcie do Morskiego Oka i ścieżce pod Mnicha, walczyć w skale kolejnych kilka godzin, po czym od razu wracać. Tym razem jednak trafił z propozycją na mój urlop, a poza tym zasugerował, żeby pojechać w południe pierwszego dnia, przekimać w kolibie i rankiem kolejnego dnia uderzyć w ścianę. To nie brzmiało już tak źle, jak „ekspresowe” wyjazdy z 6 godzinnym podejściem. To brzmiało jak przygoda, którą człowiek zapamięta do końca życia. Zostało jeszcze tylko wybranie odpowiedniego celu. Dawid wiedział, że mnie, startego misia nie zwabi na sztuczny miód, więc zaproponował najładniejszą i najdłuższą drogę Mnicha – American Beauty.

Obawiałem się tej wspinaczki, bo przecież nigdy nie wspinałem się w Tatrach! Ba, w ogóle w granicie mam bardzo niewielkie doświadczenie. Podeszliśmy jednak do tematu na spokojnie i ustaliliśmy, że najlepiej jeśli ja wciągnę trzy pierwsze, najłatwiejsze, ale najdłuższe wyciągi, bo dzięki temu Dawid, jako bardziej rozwspinany w Tatrach, zaoszczędzi siły na zaatakowanie trudniejszej części American Beauty. Jeśli uda mi się zrobić moją robotę OeSem, zdobędziemy spory margines czasu na ewentualnie patentowanie trudnych miejsc przez Dawida. W teorii miało to ręce i nogi. A w praktyce?

W praktyce wyjazd rozpoczął się od godzinnej obsuwki ze względu na potrzebę załatwienia przeze mnie spraw rodzinnych. Zamiast o 10, wyjechaliśmy z Bielska po 11. Udało nam się ominąć korki i o 15 wyruszyliśmy z tłumami taterników w klapkach z parkingu w Palenicy.  Turyści piechotą i w wozach konnych napierali na nas z góry, jednak my niestrudzenie dawaliśmy im odpór i szybko pokonaliśmy asfaltowy odcinek, by skręcić już na całkiem bezludną trasę pod Mnicha. Po drodze zatankowaliśmy wodę w najwyższym możliwym strumieniu, ominęliśmy króla świstaków wygrzewającego się na kamieniu. Przyglądał się beznamiętnie turystom mijającym go w odległości 5 metrów, pozując cierpliwie do zdjęć.

Morskie oko powyżej linii klapkowiczów z seflistickami

Mnich niepostrzeżenie z niewielkiego ostrego kła zamienił się w kawał góry, zasiewając w mojej głowie lekki niepokój i niepewność co do jutrzejszych planów.

Dotarliśmy do naszego hotelu po 3 godzinach, a więc całkiem szybko, jak na dwóch ceprów.  Wiedziałem, że koliba nie będzie super wygodna, ale gdy zobaczyłem nierówne kamienie na ziemi, moja nadzieja na dobry sen nieco stopniała. Liczyłem ciągle na to, że karimata i mata samopompująca jednak pozwolą na przespanie chociaż kilku godzin. Rozgościliśmy się w salonie, dokonaliśmy stosownych przeróbek podłogi w sypialni, bawiąc sie w układaczy mozaiki.

Sypialnia i kuchnia

 

Pożegnaliśmy ostatni zespół. Koledzy nie potrafili ukryć zaskoczenia, życząc nam dobrego snu. Mieli nadzieję, że mamy ciepłe śpiwory. My też mieliśmy taką nadzieję.

Gdy ostatni zespół zniknął w coraz niżej schodzących chmurach, zrobiło się bardzo cicho. Około godziny 19 postanowiliśmy skorzystać z ostatnich promieni słońca i zaatakowalismy prostą drogę. Dawid wybrał dla mnie Zemstę Wacława, wściekły połóg, idealny na Tatrzański rozwspin. To właśnie na nim zrozumiałem co to znaczy dobre tarcie. Pomimo słabych chwytów moje Rapy stawały idealnie na wszystkim, nie katując paluchów u nóg. Powiem szczerze – poprawił mi się humor. American Beauty zaczęła wydawać się na prawdę sensownym pomysłem. Nisko wiszące chmury nie pozwoliły na podziwianie lufy pod nogami, ale paradoksalne, nie pozwoliły również na zestresowanie się… lufą pod nogami. Pomimo tego, że droga padła szybko, schodziliśmy już praktycznie po ciemku przy światłach czołówki.

W kolibie uczciliśmy moją pierwszą tatrzańska drogę małym piwkiem, które siadło idealnie. Szacun i kolejne podziękowania dla Dawida, że chciało mu się je taszczyć do góry!

Nie spałem w nocy praktycznie w ogóle, zresztą tak samo jak Dawid. Niby nie było bardzo niewygodnie, ale jednak ciągle coś uwierało. Niby nie było bardzo zimno, ale jednak chłodny wiatr owiewał twarz, wybudzając z półsnu. Gdzieś niedaleko stukała kopytami kozica. Chmury rozwiały się, na niebie zaświeciła droga mleczna. Światło gwiazd nie pozwalało zasnąć głęboko.

Ktoś podpalił horyzont…

Wstaliśmy o 5.30, połamani, niewyspani. Liof, kawa, pakowanie szpeju, zwiajanie obozu i podziwianie wschodu słońca. Z lekkimi zawrotami głowy wbijamy się w półki, prowadzące starymi, zniszczonymi poręczówkami do stanowiska zjazdowego na drugim wyciągu. Sprawny zjazd do podstawy wschodniej ściany. Szybka pseudorozgrzewka, szpejenie, przełknięcie rosnącej w gardle guli i wbijam się w pierwszy wyciąg American Beauty za 6.2. Dochodzę do bambułki, po chwili macania i kilku odwrotach decyduję się na sekwencję z prawą ręką w pierszy odciąg, a lewą po krzyżu w drugi. Przechodzę w miarę sprawnie, restuję w pionie na dobrych krawądkach i spokojnie idę dalekimi ruchami do dobrych chwytów. Mantluję na półkę i jestem przy łańcuchu! 1:0 dla nas. Dawid po chwili stoi obok mnie. Mam czas na złapanie oddechu. 

Kolejny wyciąg ma trochę kąśliwy start po małych krawądkach, ale później odpuszcza wyraźnie, pozwalając cieszyć się widokami. Jestem pozytywnie zaskoczony świetną jakością skały. Nie przeszkadzają dalekie w tym miejscu wpinki. Droga jest obita bardzo dobrze, w trudnościach wręcz ściankowo, runouty są tylko w łatwym terenie. Jeszcze jedno trudniejsze miejsce przy wejściu w połóg i jestem przy stanowisku, z którego zjeżdżaliśmy do podstawy Mnicha. Jak dla mnie trudność około 6+. 2:0 dla nas! Kolejny, najdłuższy, 35 metrowy wyciąg zaczyna się klamkami po prawej stronie od stanu i potem trawersuje nad stanowiskiem w lewo. Po kilku wpinkach rusza do góry poprzez czujny połóg i bardzo lite płyty. Czeka mnie radosne skradanie po krawądkach i dobrych tarciowych stopniach. Kluczowym miejscem jest lekka pionizująca się bambułka. Później znowu równe trudności aż do łańcucha. Piękne długie wspinanie. 3:0 dla nas! Wyciąg wyceniam na 6.1+, od biedy na łatwe 6.2. Kamień spadł mi z serca, bo wywiązałem się z mojej części planu. Wszystko padło OeSem lub FL (oblukanie ze zjazdu), bez zbędnego zamulania, poza bambułką na pierwszym wyciągu. Mam świetny humor. Szybka akcja pozwala na zaoszczędzenie czasu.

Zakładam plecak z wodą, żarciem i szpejem. To cholerstwo waży chyba z 7 kg! Zamieniamy się na prowadzeniu. Teraz zaczyna się najtrudniejsza część drogi, bo chociaż metrażowo jesteśmy za połową, trudności dopiero przed nami. Dawid rusza dosyć wygodną, połogą rysą, uciekającą po łuku w lewo. Dochodzi do dobrego resta. Przed nim kolejna rysa, tym razem nieco przewieszona i chociaż zagina się, nie ma stopni. Nogami trzeba uciec w prawą stronę, przez co mocno wyważa. Dawid spada w kruksie. Patentuje chwilę, zjeżdża od stanu, odpoczywa i rusza znowu. Przechodzi rysę, ale widać, że sporo go to kosztuje. Dochodzi o stanu. 4:1 dla nas! Pałuję po ekspresach. Macam kruksa w rysie. Wydaje mi się bardzo trudny. 

Po pierwszym wyciągu

 

Na stanowisku spoglądam w górę na creme de la creme całej American Beauty, a więc sławny okap przywodzący na myśl ten z yosemitowego The Nose. Widzę zamagnezjowaną serię podchwytów. Okap pięknym łukiem skręca w prawo. Na płycie pod nim majaczy pozioma ryska, zamieniająca się z każdym metrem w coraz lepszą półkę na nogi. Dawid podniecony spogląda na to, co zaraz go czeka. Rusza odważnie, dochodzi do okapu i trawersuje po podchwytach. W końcu staje na półce, ale lewą ręką stara trzymać się jak najdłużej podchywtów. Nogami odchodzi w prawo, ale ta ręka ciągle jakby przyklejona. Stoi już teraz mocno po skosie i widzę, że jeśli się nie odważy puścić, to będzie miał bardzo trudno wrócić do pionu. W końcu puszcza rękę, ale tylko na chwilę. Przeklina pod nosem. Prawa ręką coraz bardziej panicznie szuka jakiejś przytrzymki, ale świadoma część jego umysłu doskonale wie, że żadnej przytrzymki nie znajdzie. Wraca w lewo, bezpieczeństwo chwytu przyciąga go. Sekwencja powtarza się kilka razy. Zaczynamy się niecierpliwić. Zagrzewam go do boju. Ciś, spokojnie! W końcu zbiera się na odwagę. Odpuszcza lewa rękę i staje pionowo. Oddycha i próbuje uspokoić myśli. Prawa ręka ciągle szuka przytrzymki. Udaje mu się zrobić kilka ostrożnych kroków, ale z każdym pokonanym centymetrem jest coraz bardziej zdenerwowany. W końcu zaczyna mieć telegraf. Zaraz jebnie – myślę, patrząc jak próbuje zrobić kolejną wpinkę. Udaje mu się, opuszcza ręce wzdłuż ciała i uspakaja się nieco. Rusza, bardzo małymi kroczkami. Te małe kroczki to był klucz do kruksa. Zagrało. Powoli dochodzi w miejsce, gdzie kończy się okap i trzeba wejść na niego. Ma z tym spory problem, o mało nie odpada, bo źle przeczytał sekwecję, ale udaje mu się wrócić na półkę. Wszystko trwa wieczność, bo widać, że bardzo nie chce polecieć. Nie chce znowu tego wszystkiego przechodzić. W końcu zbiera się na odwagę i wchodzi na okap, co okazuje się bardzo trudne, be sekwencja jest nieczytelna. Mimo to daje radę i melduje się w łańcuchu. Mam auto!, krzyczy. Słyszę ulgę w głosie. Po chwili ruszam, pałuję przez trudności, coraz bardziej zmęczony. Ciężki plecak wyciąga mnie z podchwytów, a półka wydaje się kosmicznie trudna. Wykońćzony walczę przy wyjściu na okap. 5:1!

Bliżej niż dalej! Ciśniesz to!

Przed nami jeszcze dwa wyciągi American Beauty. Na kolejnym żałujemy, że nie mamy podwójnej liny. Wyciąg startuje dosyć wymagającą rysą w lewo, by po chwili wejść na misia na prawą część filara. Tutaj robi się ostatnią przed kruksem wpinkę i przewija się na lewą cześć filarka w trudną sekwencję w połogu. Odpadnięcie grozi przecięciem liny na ostrym kancie. Oczami wyobraźni widzimy filmiki z YT, na którym koleś dokładnie z tego powodu ląduje w szpitalu z ciężkimi złamaniami. Ale to było w niskich gritach, a nie na Mnichu. Jeśli lina się przetrze, Dawid wyląduje 150 metrów niżej. Walczy mocno, trzęsie się jak osika i o mało nie traci równowagi. W końcu udaje się, chociaż to kolejny wyciąg, który konkretnie daje mu w dupę. Odzywa się nawet już prawie zagojona kontuzja troczka, bo musiał zapiąć na mikrokwądce. Później czeka łatwiejszy teren, dochodzi do łańcucha. 6:1! Ja męczę się na tym wyciągu okropnie. Lecę z kruksa, bo stopnie okazują się bardzo słabe i nawet świetne tatrzańskie tarcie niewiele pomaga. Ramiona bolą mnie od plecaka coraz bardziej. Odzywa się lewe kolano, czuję w nim coraz większy ból przy wrzucaniu nogi wysoko na stopnie.

Podziękowania dla Klaudii Tasz za rewelacyjne zdjęcia!

Na kolejnym wyciągu American Beauty Dawid odpada, jednak pomimo zmęczenia humor mu dopisuje, bo wie, że to już praktycznie koniec. Patentuje sekwencję z fajną bańką do dobrego chwytu. Udaje mu się za drugim razem, chociaż wcale nie z dużym zapasem, kończy wyciąg. Kilkanaście minut później melduję się zmęczony na szczycie. Wszystko mnie boli, ale to nic. Wychodzi słońce, robi się ciepło. Mnich jest zatłoczony jak Lechwor w Rzędkowicach, ale nam to nie przeszkadza. Czekamy na swoją kolejkę, zadowoleni. Podziwiamy widok i żartujemy z pozostałymi wspinaczami. Pozwalamy, żeby opadło z nas napięcie. Całość miała trwać 5 godzin, zajęła nam 6,5 godziny. Tragedii nie ma, ale czujemy w ciele każdą minutę spędzoną na drodze.

American Beauty Mnich VIII+

Ząbek

Zjazd zajmuje długo. Pierwszy odcinek pokonujemy na gościnnej linie zespołu, który zaczął zjeżdżać przed nami. Jesteśmy im wdzięczni. Jeszcze dwa zjazdy i stajemy u podstawy Mnicha. Dawid, pomimo dużego zmęczenia po bardzo sprawnym wciągnięciu najtrudniejszych wyciągów American Beauty, wraca półkami po zostawione przez nas buty podejściowe oraz kurtkę.

W kolibie dojadamy i dopijamy to, co zostało, po krótkim odpoczynku ruszamy na dół. Świstak odprowadza nas swoim stoickim wzrokiem. Na asfalcie zaskoczeni trafiamy na Justynę i Monikę, które idą do góry z podobnym planem do naszego, przenocowania w schronisku i ruszenia w ścianę rano. W dobrych humorach gawędzimy chwilę, życzymy dziewczynom powodzenia i schodzimy do Polańczyka.

Topo drogi.

Trenuj ze mną.

3 myśli nt. „American Beauty, VIII+, Mnich”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *