Bartek

Deadline – koszmar korposzczura i freelancera. Słowo, które spędza sen z powiek biurowych wojowników, czelendżujących projekty na asapie. Okazuje się, że również dla wspinaczy może ono oznaczać zły sen. Co może być deadlajnem dla nas? Oczywiście sezonowość naszego sportu. Albo zbliżający się koniec wyjazdu wspinaczkowego. Jednak nie tylko. Dla Bartka deadline był bardzo specyficzny – ścigał się z samą Matką Naturą…

wypadnięty bark

 

Bartek zgłosił się do mnie pół roku temu. Wracał do formy po poważnym zwichnięciu barku (bark był nastawiany). Z ankiety wynikało, że Bartek przed kontuzją był silnym zawodnikiem. Jego maksem w Polsce było 6.5, a w Ospie wciągnął prawie wszystkie 7b. Celem treningowym na ten sezon było pierwsze 8a (konkretnie: Corto w Ospie) i kilka 6.5 na Jurze. Zawsze powtarzam, że pod cel trenuje się najlepiej.

Zabraliśmy się do roboty. Początek współpracy to takie trochę kalibrowanie. Czasami, szczególnie jeśli wstępne testy wyjdą nieźle, układam program dosyć mocny, żeby zobaczyć jakie są możliwości osoby, z którą pracuję. Czy ledwo daje radę, czy może robi mniej niż jest przyzwyczajona? Czy się regeneruje w przewidzianym przeze mnie czasie, czy może potrzebuje więcej dni lub wystarczy mniej? Bartek dobrze znosił obciążenia treningowe. Do planowanego wyjazdu do Ospu było niewiele czasu, ledwo miesiąc, ale gdy zauważyłem, jak bardzo pracowity jest Bartek, pomyślałem, że może się udać. Zdarzało się, że musiałem wymuszać na nim dzień restu, albo specjalnie wciskałem trening z żelazem, bo wiedziałem, że jak tego nie zrobię, mój zawodnik znowu pójdzie na ciężki trening wspinaczkowy. Nie chciałem, żeby po raz drugi wyskoczył mu bark, bo nic tak nie predestynuje do pojawienia się kontuzji jak wcześniejsza kontuzja. Postawiliśmy na pracę z antagonistami. Bartek napisał mi pewnego dnia:

Myślę że dużo dają ćwiczenia mięśni antagonistycznych z ciężarami, bo nie czuję żeby stawy były przeciążone. Bark który miałem kontuzjowany w zeszłym roku nie boli i chyba jest w lepszym stanie niż przed rozpoczęciem treningu.

To mnie ucieszyło. Siła rosła. Moc również. Przyszedł czas na Osp. Trzymałem kciuki.

Po powrocie napisał:

Tomek, wróciłem. Niestety Corto nie puściło. Miałem dużo więcej siły niż w grudniu bo przechodziłem balda i całkiem fajnie to wyglądało, ale trochę muszę jeszcze podładować. Pierwsze dwa dni były super. Pierwszego dnia zrobiłem 2x7a i 7a+ flash. Drugiego miałem dobre próby na Corto.

Myślę że zabrakło mi trochę chłodnej głowy bo zrobiłem za dużo prób i na koniec wyjazdu byłem zajechany. To jest mój max i pewnie lepiej by poszło, jakbym zrobił 2 dni restu

Bald w połowie drogi był dla mnie loteryjny. Pewnie jak bym go robił przy każdej próbie, to by puściło. Na koniec zorientowałem się, że kluczem jest postawienie lewej nogi w właściwym miejscu. Dokręcenie bioder tak, żeby nogi nie wyleciały. Jak już wiedziałem czemu raz wychodzi, a raz nie, musiałem wracać do domu.

No cóż. Tak to bywa w tym sporcie. Deadlajny występują nie tylko w korpo. Bartek po prostu nie zdążył. Jednak w jego przypadku był jeszcze jeden deadline, który majaczył na horyzoncie, więc nie rozpaczaliśmy. Wyciągnęliśmy wnioski i wróciliśmy do pracy.

Bartek postanowił zrzucić niewielką oponkę z brzucha. Już samo przyjrzenie się swojej diecie i dokładne zapisywanie tego, co zjada w ciągu kilku dni, pozwoliło mu zoptymalizować kwestię odżywiania i zejść z 3kg.

W tym czasie w Polsce zrobiła się pogoda, wiosna wybuchnęła zielenią. Przeszliśmy na bardziej nieliniowy plan, żeby trenujący mógł zacząć zbierać owoce swojej pracy bez roztrenowania którejś z cech motorycznych. Zaczęły sypać się przejścia na Jurze: 6.3+ OS, szybkie 6.4. W Adlitzgraben pada Street Fighter 7c, kiedyś próbowany lecz nierokujący, teraz pada z rozwieszaniem ekspresów. W drugiej próbie Godzilla 7b. W czerwcu pada pierwszy cel na ten sezon – Brutalny trucht 6.5. „Na luzie, bez walki.” 10 minut później Bartek wstawia się w Obadi obada 6.3+/4 i również wciąga spokojnie. „Jest moc”. Kilka dni później Żółty okap 6.5. „Za łatwo poszło.” Wciąga zaległości: Młode strzelby na Okienniku, Odę do pytona na Adepcie.

Deadline coraz bliżej, zegar biologiczny tyka nieubłaganie. Mokrawe lato przeszło w jesień, jak zwykle za szybko. Bartek odhacza drogi  i trenuje nieustannie. Na początku października nadchodzi czas na dogrywkę w Ospie.

9.10 Bartek pisze:

W sobotę powtórzyłem sobie ruchy, a wczoraj miałem 3 próby. W przedostatniej doszedłem do ostatniego trudnego ruchu i bylem tak zaskoczony, że tak dobrze idzie, że spadłem. A ostatnia próba była mega pewna, no i się udało. Zero loterii :)

Po powrocie pracujemy dalej, chociaż Bartek więcej się wspina niż trenuje. Dokańcza zaległe projekty. W końcu, 5 listopada wysyła mi info:

„I stało się. Od tygodnia jestem ojcem. Hania trochę się pospieszyła. Dobrze, że z tym Ospem zdążyłem”

Deadline deadlinowi nie równy, ale na każdego z nas jakiś czeka. :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *